Na samym dnie?

Posted by Lorelai on kwietnia 26, 2014

ImageIdąc ścieżką samopoznania, zastanawiam się, czy kiedykolwiek spadłam na samo dno? Wiele razy byłam pewna, że tak, że niżej już nie upaść nie da, choć nigdy tak w zupełności nie straciłam nadzieji na zbawienie. Gdzieś tam w serduchu zawsze tlił się połomyk, który koniec końców wyciągnął mnie na powierzchnię. Wolno, acz skutecznie.

Tak jak się mija drzewa podczas szybkiej jazdy autostradą, ja przy każdym spadku w dół mijałam szkielety pozostawione na Drodze Na Dno. Podczas wolnej wspinaczki z powrotem na górę niektóre z nich udało mi się sprzątnąć. Po trochu, raz za razem, droga robiła się pustsza, a ja spadałam szybciej.

Zawsze myślałam, że z czasem i praktyką powinno być łatwiej. “Z takim doświadczeniem teraz już sobie poradzisz, Lori”. Nieprawda! Teraz leciałam szybciej i docierałam głębiej, ze względu na coraz mniejszą ilość przeszkód, które mogły mnie spowolnić, zatrzymać. Coraz mniej warstw do przebicia, głębiej i głębiej … Jednak chyba do dna nigdy nie dotarłam. Jeszcze nie. Dno ukrywa to, czego naprawdę, NAPRAWDĘ nie chcę zobaczyć. Tak bardzo chcę nie być Tego świadoma, że latami wybierałam schronienie w cierpieniu i nieszcześciu, żeby tylko nie stawić czoła tej ciemnej, strasznej, tajemniczej Rzeczy.

Szybkość działa w dwie strony. Uderzenie o kamienne ściany boli jak cholera, ale teraz rany nie goją się już tygodniami. Parę dni w morzu rozpaczy i wiatr doprowadza moją łódkę do brzegu regeneracji.

O, znów to odczucie … ściskanie w żołądku, lęk. Dobrze. Znaczy, że jestem już blisko. Myślałeś, że tuż przy dnie jest mniej strachu? Bo jestem teraz taka silna? Bo przeszłam tyle, że już nie tak łatwo mnie przestraszyć?

Nie. Ze strachu mało nie oszaleję. Tak bardzo się boję, że każdego ranka budzę się z uciskiem w dołku, w oczekiwaniu nieuchronnie nadchodzącej Prawdy.

Jednak coś się zmieniło. Przy każdej podróży w dół, oczy otwierają mi się coraz bardziej. Tak wiele teraz widzę, szkielety mają twarze – mówiące, uśmiechające się, klnące, płaczące … Tak wiele widzę Siebie, jakbym prawie mogła wyjść z ciała i zobaczyć jak spadam. Daje to pewien dystanst pomiędzy mna a … kim tak właściwie? Któż to mnie obserwuję, kiedy piszę te słowa? Czy to wciąż mój umysł czy coś więcej? Dystans pomaga odpuścić, za każdym razem trochę bardziej.

Z szeroko otwartymi oczami, a jednak otwartymi wciąż nie wystarczająco. Przestałam się przejmować, a zaczęłam żyć. Cieszę się któtką chwilą pomiędzy upadkami. Odrzucając myśli, koncentruję się jednynie na powolnym czołganiu stonogi po dłoni mojej córki.

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.