Goniąc za Marzeniami

Posted by Lorelai on październik 22, 2014

IMG_2544“Wyśniłam sen, pogodny sen
Był czas nadziei, czas miłości
A miłość we śnie wieczna jest
I Bóg wybacza nam słabości
Za młodych lat nie bałam się
Że sny radosne się rozpłyną
Bo ceny jeszcze nie znał nikt
Śpiewano pieśni, lano wino” [*]

Powiedzmy, że masz marzenie, które od lat starasz się urzeczywistnić. Przeżyłeś wzoty i upadki, dobre i gorsze chwile. Nie ma w tym nic złego – w odwiecznym nurcie życia wszystko oscyluje w rytmie falowym. Podczas każdej podróży mijamy liczne wzgórza i doliny, ale oczekujemy, że prędzej czy później dotrzemy do celu – do naszego ‘szczytu góry’.

Jeśli naprawdę, NAPRAWDĘ czegoś pragniesz, nie możesz pozwolić sobie na znięchęcenie po paru porażkach. Nie poddajesz się, jeśli sprawy nie idą po twojej myśli. Otrzepujesz się i idziesz dalej. Spójrzmy prawdzie w oczy: niespodziewane, wielkie szanse zdarzają się niezwykle rzadko i niewielu z nas. Osiągnięcie sukcesu (a za ‘sukces’ uznaję osiągnięcie własnego, osobistego szczęścia) zazwyczaj wymaga czasu, pracy, poświęcenia i wytrwałości.

“Cierpliwości, mój drogi. Działaj dalej. Kiedyś ci się uda”.

Ale co, jeśli byłeś wytrwały, cierpliwy i pełen poświęcenia, wkładając całą swoją energię w marzenie, lecz po wielu latach starań, coraz to nowych pomysłów i nowych sposobów, wciąż nie ruszyłeś się ani krok do przodu? Pomimo drobnych zwycięstw i małych wygranych, karmiących nadzieję, nic ważnego się zadziało, nie nastąpiła żadna konkretna zmiana, a ty nie jesteś wcale bliżej swojego celu. Co wtedy?

Syzyf od wieków wtacza cieżki kamień po stromym zboczu, lecz tuż przed dotarciem na szczyt skała mu się wyślizguje i stacza z powrotem w dół. I tak cały czas, już na zawsze. Jego kara jest gorsza od śmierci. A jeśli to samo dzieje się z twoim marzeniem? Co czujesz, kiedy dążenie do celu staje się nigdy nie kończącym się wysiłkiem, a ty ,wraz z przemijającymi porami roku, tracisz całą radość i podekscytowanie? Czy zaczynasz kwestionować swoje marzenie czy dalej przesz do przodu?

Miałam Marzenie. Każdy dzień spędzałam dążąc do jego osiągnięcia. Robiłam wszystko, co w mojej mocy, aby się ziściło. Marzenie było moją motywacją, moją radością, moim wszystkim. Pomogło mi przetrwać trudne chwile i dodać uśmiechu mozolnej, codziennej pracy.

Miałam Marzenie od wielu lat. Były takie chwile, gdy wydawało mi się, że już jestem tuż tuż jego osiągnięcia. Nawet nie mało takich chwil. Lecz te chwile tak jak przychodziły, tak i odchodziły, zabierając ze sobą po troszku mojej nadzieji i wiary w Marzenie. I wiary w samą siebie.

Po każdnym z tych małych sukcesów nadchodził też wielki smutek – że nie było to trwałe, że takie znikome, że to tak właściwie była to tylko iluzja sukcesu. Że znów muszę zaczynać od nowa.

Czułam się jak Syzyf wtaczający Marzenie po zboczu, raz po razie. W końcu w moje myśli wkradły się wątpliwości: czy to Marzenie jest w ogóle możliwe do osiągnięcia, czy może jestem zaślepiona pościgiem za mrzonką? Jak ‘rzeczywiste’ jest moje Marzenie? Czy w ogole warto o nim marzyć?

W marzeniach zawsze jesteśmy sami. Tylko nasza wiara je napędza. Inni mają swoje marzenia i nie rozumieją dlaczego marzymy o tym, o czym marzymy. Dlaczego pragniemy akurat tego, czego pragniemy. Tak wielu ludzi boi się iść za głosem swoich marzeń, że robią wszystko, co mogą, aby zniechęcić do marzeń innych. I tylko po to, żeby zabić to uczucie braku zadowolenia  z siebie; tego żalu, że nie odważyli się marzyć. “Świat tak nie działa. Zejdź na ziemię. Przestań się oszukiwać. To jest niemożliwe”.

Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie mają racji. W końcu jak długo mam wierzyć w coś, co po prostu nie chce się zdarzyć? Czy nadszedł czas, żeby się poddać, odpuścić i ruszać dalej?

Oh, jakże ogromy ogarnął mnie smutek! Topię się w niemych łzach,  środku i na zewnątrz. Nie ma wielkiej różnicy pomiędzy utratą Marzenia, a utratą bliskiej osoby. Kochałam moje Marzenie. Dbałam o nie. Stało się częścią mnie.

Marzenia i pasję są silnikami napędzającymi naszą egystencję. Gdy pasja zanika, pojawia się żal. Musimy pozwolić sobie opłakać śmierć naszych marzeń, zanim będziemy w stanie iść dalej.

A może w tym wszystkim nie chodzi  o porzucanie naszych marzeń? Może po prostu mamy zdać sobie sprawę, że konkretne marzenie już nie jest dla nas ważne? Może już nie jest tym czego pragniemy i potrzebujemy? Wszystko się zmienia. Tak samo zmieniamy się i my, i nasze marzenia. A jak ze wszystkim co się kończy, najpierw musimy pożegnać Stare, aby móc przywitać Nowe.

Marzenia pchają nas to rozwoju. Stajemy się lepsi, silniejsi, mądrzejsi. Ale nie dzięki samym marzeniom, ale poprzez dążenie do nich. I być może, gdy już zrozumiemy to, czego dążenie miało nas nauczyć, marzenia umierają, robiąc miejsce na nowe. Na marzenia, które zaprowadzą nas trochę bliżej naszego osobistego Nieba.

Nie jest łatwo zrozumieć, kiedy należy marzenie odpuścic i iść w dalszą drogę. Zrobiłam wszystko, na co mnie było stać; spróbowałam wszystkiego, czego sprobować mogłam; zużyłam całą energię jaką miałam. Już nie mam czego dać mojemu Marzeniu. Więc myślę, że to już czas. Nałożę żałobne szaty i będę opłakiwać moje Marzenie. A potem poszukam wewnątrz nowej iskierki, która zapali moją pasję do życia.

A może się myle i nigdy nie powinno się rezygnować z marzeń? …

[Tekst autorstwa Herberta Kretzmera z 'Les Miserables', tłumaczenie Daniel Wyszogrodzki]